| Trudny mariaż |
|
| Ziemia Głogówecka - Artykuły i Felietony | |||
| Autor: Barbara Grzegorczyk | |||
| Niedziela, 15 Lipiec 2007 10:27 | |||
|
Kiedy późną wiosną 1977 roku przebąkiwano o powstaniu zespołu szkół w naszym liceum przy ul. Kościuszki zawrzało. Jakże to, tak szacowną szkołę mającą trzydziestoletnią tradycją, będzie się teraz łączyć z rodzajem zawodowego nuworysza? Czyja to idea i kto będzie ponosił odpowiedzialność za skutki tego kroku? Większość nauczycieli Liceum Ogólnokształcącego obawiała się rzecz jasna pauperyzacji szkoły. Wszak formę ogólnokształcącej edukacji podejmowała na ogół młodzież zdolniejsza w kierunku humanistycznym, która zamierzała po zdanej maturze studiować. Technikum postrzegane było słusznie jako szkoła dająca konkretny zawód i dyplom będący patentem na życie. W szerokim wachlarzu obaw i lęków mieściły się również kwestie wychowawcze. Liceum stało na straży dość surowej dyscypliny. Tu, aczkolwiek już z oporami wymagało się jeszcze noszenia tarcz, schludnej stonowanej kolorystycznie odzieży, poprawnych fryzur słowem dbało się o adekwatną do nazwy szkoły klasę. Technikum, do którego uczęszczali głównie chłopcy, postrzegane było jako szkoła o nieco luźniejszej etykiecie. Mariaż tak odmiennych placówek był więc rzecz jasna w naszej ocenie ewidentnym mezaliansem. Niewielu nauczycieli liceum widziało wówczas krytycznie realność swojego dalszego samodzielnego istnienia. Wokół Głogówka powstawały jak grzyby po deszczu nowe ponadpodstawowe placówki oświatowe o różnych atrakcyjnych profilach, które stanowiły dla niedającej przecież zawodu szkoły poważną konkurencję. Zdarzające się wypadki braku klas bliźniaczych sygnalizowały, iż moment krytyczny może nadejść szybko. Ówczesne władze oświatowe, nie wdając się w sentymenty, kierując się jak zwykle rachunkiem ekonomicznym, ogłosiły powstanie „Zespołu Szkół”. Jego siedzibą okazał się szacowny budynek XIX-wiecznego Seminarium Nauczycielskiego, później liceum Pedagogicznego a wówczas już Technikum Budowlanego. Warto zaznaczyć, iż obaw natury prestiżowo-wychowawczych nie podzielała młodzież. Do technikum uczęszczali rośli, urodziwi chłopcy, obdarzeni politechnicznym zmysłem, którzy od dawna oglądali się za licealnymi panienkami. U siebie mieli ich mało, a część z nich z racji profilu szkoły postrzegali jako istoty nieco zmaskulinizowane. Teraz w jednym budynku kontakty stały się znacznie łatwiejsze, licealiści mieli w osobach budowlańców niezłą konkurencję, co najprawdopodobniej w konsekwencji wyszło wszystkim na dobre. Cała społeczność licealna przyznawała też, iż warunki lokalowe nowego obiektu były znacznie lepsze niż w kompleksie przy ul. Kościuszki. Sale były tu obszerne, korytarze długie i rozległe, auli i sali gimnastycznej nie trzeba było się wstydzić. Dziś z pozycji emerytowanego nauczyciela nie mogę pominąć kwestii dylematu, jaki stanął przed ówczesnym dyrektorem tej nowo powstałej szkoły, czyli panem sylwestrem Kałamarzem. Był on przecież, jako dawny nauczyciel matematyki w liceum świadom trudnej sytuacji łączenia, świadom wyrażanych a także ukrytych obaw i animozji. Dzieło łączenia przeprowadził w sposób absolutnie perfekcyjny, działając w białych, by nie rzec niewidocznych rękawiczkach. Już na pierwszym posiedzeniu Rady Pedagogicznej zakomunikował w sposób taktowny, acz kategoryczny, iż nie ma podziału na nauczycieli LO i TB, słowem wszyscy uczą wszędzie. A to oznaczało, iż postrzegający siebie za specjalistów przedmiotowych w swojej katedrze musieli nagle uczyć w klasach Zasadniczej Szkoły Zawodowej, której poziom odbiegał rzecz jasna bardzo od istniejącego w L0. Pierwsze tygodnie były zapewne gorzkie dla obydwu stron. Wszak i młodzież odczuwała zaistniałą zmianę. Wkrótce jednak nawet przysłowiowe „kosy licealne” musiały przyznać, iż niesienie kaganka oświaty i na tym poziomie może sprawić wiele pedagogicznej satysfakcji. Naturalnie wymagana tu była cierpliwość i takt. Wiedza i wieloletnie doświadczenie podsunęły nauczycielom klucz do funkcjonowania w nowej sytuacji. Dyplomacji wymagały też kwestie zmian w kadrze kierowniczej nowej szkoły. Pan Bronisław Noga zgodził się, zważywszy na zbliżającą się emeryturę podjąć obowiązki nauczyciela geografii, wicedyrektorem odpowiedzialnym za kwestie dydaktyczne został pan Roman Węglowski, zakres problemów wychowawczych przejął pan Bolesław Rawluk. Zatem i w dziedzinie kompetencji nie było podziału na LO i TB. Dyplomatyczne oko naczelnego czuwało nad całością. Nie chcę w tej materii popadać w przesadę, ale i wówczas w tym trudnym czasie i dziś ze znacznej perspektywy, twierdzę, iż nasz Naczelny postępował w sposób wzorcowy. Z właściwą sobie pogodą ducha i humorem potrafił zażegnać niejeden konflikt. Przede wszystkim znał, poznawał naturę podległych mu nauczycieli (mnie osobiście jeszcze jako niegdysiejszą uczennicę, dodam kiepską matematyczkę) i potrafił do każdego z nas znaleźć właściwy klucz. Z głosem Naczelnego liczyła się również ogromnie młodzież. Beształ ją rzadko, uznając, iż z drobnymi grzeszkami szkolnymi muszą sobie radzić wychowawcy klas. Kiedy pojawiały się tzw. grubsze problemy wkraczał Wielki, choć przecież w istocie wzrostem niewielki. Dziś, kiedy kwestia istnienia zespołów szkół o bardzo zróżnicowanym profilu stała się normalnością, stwierdzam, iż ów mariaż z 1977 roku był zabiegiem słusznym i owocnym.
|
|||
| Zmieniony: Poniedziałek, 13 Sierpień 2007 15:33 |
