| Moje festiwale |
|
| Historia - Wspomnienia | |||
| Autor: Elżbieta Dziewońska | |||
| Poniedziałek, 01 Październik 2007 13:45 | |||
|
Mam ciągle wrażenie, że w Głogówku mieszkam od niedawna, a to już ponad piętnaście lat. Zachwyciło mnie samo miasteczko, jego uroda zewnętrzna, a potem przez lata odkrywane tajemnice. Na festiwalach im. Ludwika van Beethovena bywam od początku ich istnienia. I ciągle jest we mnie ta pierwsza radość – tak blisko, a mogę uczestniczyć w niezwykłych wydarzeniach muzycznych, na żywo słuchać wykonawców znanych wcześniej jedynie z radia i telewizji, bądź płyt. Mam wszystkie programy i zapewne gdyby je przeanalizować, powstałaby interesująca monografia tego muzycznego zjawiska. Tym razem kilka refleksji osobistych.
*** został porwany do raju i słyszał tajemne słowa, których nie godzi się człowiekowi powtarzać 2 Kor 12:2 do jakiego nieba mógł zajrzeć Pan Brahms, Bach Mozart, Szymanowski i Chopin i jeszcze paru najwybitniejszych nie, już nie uwierzę, że to duszy granie te symfonie, sonaty, kwartety, arie i tańce i mogą być jedynie z przestrzeni niedostępnej zwykłym śmiertelnikom*** Eliza zmartwychwstaje tylko pod ręką wirtuozów i tak zwyczajnie zadziwia jaka piękna ta zmarła tragicznie zamęczona uczniowskimi wprawkamiMam ciągle wrażenie, że w Głogówku mieszkam od niedawna, a to już ponad piętnaście lat. Zachwyciło mnie samo miasteczko, jego uroda zewnętrzna, a potem przez lata odkrywane tajemnice. Na festiwalach im. Ludwika van Beethovena bywam od początku ich istnienia. I ciągle jest we mnie ta pierwsza radość – tak blisko, a mogę uczestniczyć w niezwykłych wydarzeniach muzycznych, na żywo słuchać wykonawców znanych wcześniej jedynie z radia i telewizji, bądź płyt. Mam wszystkie programy i zapewne gdyby je przeanalizować, powstałaby interesująca monografia tego muzycznego zjawiska. Tym razem kilka refleksji osobistych. Na pierwszy koncert miałam pójść sama, mąż obiecał zostać z dziećmi. Ale jak to zwykle bywało, wypadły mu w pracy jakieś niezwykle ważne sprawy, musiał zostać dłużej. Przykazałam dzieciom, że mają siedzieć grzecznie w domu, mnie nie będzie tylko chwilę, sala koncertowa wszak niedaleko. Ale gdy zobaczyłam smutne buzie przyklejone do balkonowych szczebli, zrobiło mi się ich żal. Obiecali, że będą grzeczni, więc poszliśmy razem. Syn z nudów zasnął, nakarmiony wcześniej czekoladą, córka dzielnie wytrzymała i bisy, ale nie chcieli już chodzić ze mną na koncerty. Zresztą na początku, było ich jeden, dwa, reszta odbywała się gdzieś na szeroko rozumianym Śląsku. Nie pamiętam kto grał, nie pamiętam o czym opowiadał Zbigniew Pawlicki. Pamiętam jedynie, że w sali im. Beethovena były pustki, dzieci z tyłu mogły leżeć. Na taki sukces frekwencyjny jak w ubiegłym roku, kiedy to na koncert Kaji Danczowskiej nie zdołali wejść wszyscy chętni, pracować trzeba było długie lata. I to, że festiwal w całości odbywa się w Głogówku, a niektóre koncerty, ze względów organizacyjno finansowych, przekładano na inne terminy, też jest efektem pomysłowości i zaangażowania organizatorów. Sam plakat w mieście to mało, imienne zaproszenia, też mają różną skuteczność, ale już pogodne zawołanie: słuchaj przyjdź, będzie piękny wieczór, na dodatek serwujemy dobre ciasto, sprawiały, że wszyscy czuli się ważni, potrzebni, chętnych do uczestniczenia w spotkaniach z muzyką, przybywało. Ale też nie były to słowa bez pokrycia. Zawsze było pięknie. Albo te satysfakcje ze zdobytej wiedzy muzycznej. Nie zdawałam sobie sprawy, że pogadanki kierownika artystycznego festiwalu, tak zapadają w pamięć. Czasami bywało nużące, kolejny raz stawiane pytanie czy Bartłomiej Pękiel był w Głogówku, czy też nie. Wiele lat pojawiało się ono jako kwerenda, teraz stało się pewnikiem. A kiedy słucham radiowej dwójki i okazuje się, że o muzyce baroku i nie tylko, wiem tak dużo, to mam świadomość komu to zawdzięczam. Od notatki o inauguracji IV festiwalu, zaczęłam przed laty krótką, ale burzliwą współpracę z NTO. Jaka miałam radość, że o takich zdarzeniach mogę pisać. Na koncercie Stanisława Drzewieckiego siedzieliśmy prawie po dwie osoby na jednym krześle i ciągle jeszcze siedzisk było mało, w końcu niektórzy melomani, zachęceni przez zabieganą szefową, siedzieli na dywanie i zabytkowej, drewnianej podłodze. Ktoś z tyłu zastanawiał się, co to będzie jak pani Basi zabraknie. Wtedy wydawało się niemożliwe, że tak może się stać. Sala nie świeci pustakami, prawdziwi melomani przychodzą na koncerty, ale zadrażnienia wiszą w powietrzu. Nigdy nie czekałam na zaproszenia, chodziłam na koncerty, bo kocham muzykę. Kiedy wykonawcy chwalili publiczność, byliśmy zadowoleni, bo daliśmy się wychować, wiedzieliśmy kiedy bić brawo, a kiedy się powstrzymywać. Cieszę się zaangażowaniem młodych, kiedy to jeszcze dzieci niedawno, a już podejmują odpowiedzialne, dorosłe zadania. Ale też myślę, że warto im przypominać, że nie zaczynają życia w próżni, że ktoś przed nimi tworzył rzeczy wartościowe, więzi, których żadna decyzja polityczna nie zniszczy. Kultura to delikatna materia, zabawy nią, krzywdzą najczęściej najwrażliwszych. Na koncertach, które już się odbyły, mało widziałam ludzi młodych, nie było też starszych pań, dla których te wyjścia na koncerty były prawdziwym, często jedynym świętem. Te ostatnie, niezwykle dla festiwalu udane lata, to efekt ciężkiej pracy, ogromnego zaangażowania kosztem prywatnego czasu i środków Pani Grzegorczyk i jej męża, rodziny oraz przyjaciół. I mam też ciągle poczucie, że kwiaty od pana Pawlickiego, życzliwe słowa, burzliwe oklaski zgromadzonych, to wciąż za mało, by powiedzieć to najwłaściwsze: dziękujemy. Nie mam złudzeń, nie wszyscy kochają muzykę Szymanowskiego i to w transkrypcji na skrzypce, nie muszą kochać jej decydenci, a nawet sponsorzy, ale tej wyjątkowej okazji promocji miasta, nie wolno zaprzepaścić. Burzy się łatwo, buduje lata, zwłaszcza społeczne zaufanie. A przywołując słowa Jurka Owsiaka, życzę sobie i melomanom, by festiwal trwał do końca świata i o jeden dzień dłużej.
|
|||
| Zmieniony: Poniedziałek, 01 Październik 2007 13:49 |
