| Józef Matysek - W służbie Kościoła i ludzi |
|
| Historia - Sylwetki | |||
| Autor: Albert Szyndzielorz | |||
| Sobota, 14 Lipiec 2007 14:35 | |||
|
4 grudnia 2002 r. Józef Matysek obchodził dziewięćdziesiąte urodziny. Nam, wszystkim wierzącym, osoba ta jest bliska i kojarzy się z kościołem parafialnym, gdyż od niepamiętnych czasów (a konkretnie od 63 lat) pełni tu służbę kościelnego. Na tę wyjątkową okoliczność odprawiona została Msza św. Koncelebrowana z udziałem chóru parafialnego „Loreto". Pan Matysek urodził się w grudniu 1912, r. na Oraczach, gdzie mieszka do dnia dzisiejszego. Ojciec (był Niemcem), pochodził z Tomic, a matka z Oraczy. Znała ona język niemiecki i polski, więc od dzieciństwa p. Józef zna oba języki. Przez 7 lat uczęszczał do szkoły podstawowej, która mieściła się obok synagogi, przy obecnej ul. Szkolnej. Był wtedy ministrantem (służył do mszy w kościele parafialnym, klasztornym, i raz w miesiącu w zamkowej kaplicy Oppersdorffów). Następnie uczęszczał do szkoły zawodowej, a później do dwuletniej szkoły handlowej w Prudniku, gdzie uzyskał tytuł czeladnika kupiectwa. Ze względu na zły stan zdrowia komisja poborowa zwolniła go od pełnienia służby wojskowej. Od 1 września 1939 roku zatrudnił się na plebani głogóweckiego kościoła, gdzie wykonywał różne prace w budynku, kościele i obejściu. Był to okres udowadniania administracji niemieckiej swojego rodowodu (akcja zakładania tzw. sztambuchów), który był podstawą zaszeregowania rodziny pod względem narodowościowym. Wydawanie takich „lustracyjnych" dokumentów było czasochłonne. Prace przygotowawcze, na podstawie ksiąg metrykalnych, wykonywał p. Matysek. W czasie wojny, w trakcie alarmów, p. Matysek kilka razy w ciągu dnia musiał znosić dokumenty i księgi parafialne do piwnicy. Natomiast cenniejsze przedmioty liturgiczne (monstrancje, kielichy, lichtarze itd.) udało się bezpiecznie schować. Po drugiej wojnie światowej był, jako dwujęzyczny, „łącznikiem" pomiędzy ludnością miejscową nie znającą języka polskiego, a osadnikami nie znającymi języka niemieckiego. Podobnie było i z księżmi. Po wysiedleniu proboszcza Schalla, parafię objęli franciszkanie, którzy też nie znali języka niemieckiego. Sytuacja to spowodowała, że p. Matysek stał się tłumaczem parafialnym, dzieląc czas pomiędzy plebanią i kościołem. W czasie działań wojennych kościół parafialny uniknął losu rynkowych kamieniczek, które uległy częściowemu zburzeniu i spaleniu. Na szczęście bomby spadały obok świątyni, a pocisk, który trafił w dach kościoła, nie eksplodował. Naprawy wojennych zniszczeń spoczęły w rękach p. Matyska i drugiego kościelnego p. Ociepki, który wspinając się po linie naprawiał dach (dziury w łupku pokrywającym dach uzupełniani płatami blachy), szklono okna, naprawiano drzwi itd. „Ze względu na to, że brakowało materiałów budowlanych musieliśmy je sami wykombinować" mówi p. Matysek. Wielką pomocą służył p. Tomasz Cuber, który miał dostęp do częściowo ocalałych, ratuszowych dokumentów oraz o. Feliks, późniejszy prowincjał zakonu franciszkanów (zniszczoną kapliczkę na Glinianej Górce odgruzowywali rolnicy). Dużą satysfakcję sprawił p. Matyskowi powrót Dzwonu Ósmej Godziny. Warto przypomnieć, że p. Matysek będąc, z panią Klose, w odwiedzinach u hr. Wilhelma Oppersdorffa, ostatniego właściciela zamku i Dzwonu, usłyszał zapewnienie - „po mojej śmierci, przy sprzyjających okolicznościach, Dzwon ma wrócić do Głogówka". Słowa te powtórzone hr. Hansowi, spadkobiercy hr. W. Oppersdorffa, ułatwiły pertraktacje dotyczące powrotu pamiątkowego Dzwonu. O Jego pomocy przy odzyskaniu kolumny Maryjnej napiszemy w oddzielnym artykule. Najbardziej p. Matysek ceni sobie papieski medal "Pro Ecclesia et Pontifice", którym został odznaczony w 1984 r. To cenne i rzadkie wyróżnienie posiada tylko kilka osób w diecezji opolskiej. Pan Józef Matysek jest nie tylko znawcą historii kościoła, ale i miasta. Życzliwy i pogodny, ciągle aktywny, choć wiek każe Mu żyć na wolniejszych obrotach i „odpuścić" wiele życiowych pasji (kochał i znał się na kwiatach, które pielęgnował w domu i kościelnym obejściu, a także na pszczołach, których miodem chętnie obdarzał znajomych). Cieszy nas dobry stan zdrowia i zapewniony przez proboszcza byt w ciepłej i wygodnej tzw. wikarówce, w której zamieszkał. Ma "pod ręką'' kościół i codziennie uczestniczy w nabożeństwach, nadal służąc Bogu, ludziom i kościołowi. „Jestem tu dzięki Opatrzności Bożej - byłem tu potrzebny" -kończy swe zwierzenia Jubilat. Dziękujemy Panie Józefie za przykładne życie - jest Pan nadal nam potrzebny.
|
|||
| Zmieniony: Sobota, 07 Listopad 2009 20:50 |
