| Gdzie się stąpi, tam jest coś historycznego |
|
| Historia - Sylwetki | |||
| Autor: Aleksander Devosges Cuber | |||
| Sobota, 07 Listopad 2009 20:31 | |||
|
- A.D.C.: Znają Pana chyba wszyscy mieszkańcy Głogówka. Jest Pan od II wojny światowej opiekunem i gospodarzem kościoła św. Bartłomieja, a i z naszym miastem związane jest całe Pańskie życie... Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie, swoim dzieciństwie. - J.M.: Urodziłem się w Głogówku. Na Oraczach mieszkała moja rodzina i ja mieszkam tam do dnia dzisiejszego. Mój ojciec pochodził z głubczyckiego, z Tomic. Był Niemcem a mama mieszkała zawsze na Oraczach i znała zarówno język polski jak i niemiecki. Dlatego, ja też wychowałem się dwujęzycznie. Do szkoły chodziłem w Głogówku, która wtedy znajdowała się koło synagogi. Była inna niż dzisiejsze, tak zwana dwuklatkowa, z częścią dla chłopców i drugą - dla dziewcząt. Tam spędziłem siedem lat, a potem jeszcze trzy lata w szkole na Oraczach. Dzisiaj znajduje się tam przedszkole. Później przez rok uczęszczałem do szkoły handlowej w Prudniku, gdzie uzyskałem tytuł czeladnika kupiectwa. Niestety, choroba uniemożliwiła dalszą naukę i dalsze plany zdały się na nic... - Pana osoba kojarzy się nierozłącznie z kościołem parafialnym. Proszę zdradzić, co spowodowało, że wybrał Pan taką drogę życiową? - To wojna spowodowała, że dostałem się do kościoła. Gdy wszyscy służący naszej parafii musieli pójść na front, ja jako chory, zostałem. Wtedy się przydałem tutaj, przy kościele, jako - powiedzmy - chłopak do wszystkiego. Pracowałem w gospodarstwie, na plebanii. Tak to się po prostu ułożyło. Bieda to stworzyła, bieda czasu. Wówczas, kościelnym był pan Ociepka, zmarły po wojnie. Gdy wojna się skończyła, trzeba go było zastąpić. Pomocny byłem też jako tłumacz, choć nie uczony. Wtedy nastąpiła zmiana języka na polski. Przyjechało też dużo nowych ludzi z głębi Polski, a ja jako dwujęzyczny, byłem łącznikiem pomiędzy nimi, a mieszkańcami Głogówka. To były czasy, gdzie ludzie tutejsi nie mieli możliwości wypowiadania się, nie znali polskiego. Księża byli polscy od czasu, jak w rok po wojnie wysiedlili ks. Szalę, ówczesnego proboszcza. Na ten okres przypada również przyjazd Franciszkanów polskich, którzy też nie mówili po niemiecku. Toże zostałem tłumaczem parafialnym. W pierwszych latach po wojnie pracowałem więc w kancelarii. wszystko spowodowało, - Mógłby Pan zapewne wiele opowiedzieć z historii Głogówka. Nasze miasteczko przeszło trudy dwóch wojen światowych, echem odbijały się tu wydarzenia z Powstań Śląskich i Plebiscytu, niełatwe z punktu narodowościowego były dla Ślązaków pierwsze lata po 1945 roku. Sporo Pan widział i wiele przeżył... - Nie znam się na polityce. Pamiętam wydarzenia z powstań, ale Głogówek wówczas nie ucierpiał. Nas to obeszło. Gdy były zamieszki w Koźlu, to baliśmy się jedynie, czy i do nas front nie nadejdzie. Pamiętam, że w Głogówku mieściły się magazyny. Hoenischowie, zamieszkujący na rynku, w kamienicy, na elewacji której był miś, prowadzili jakieś działania powstańcze. Na Oraczach, w moim sąsiedztwie, były takie magazyny, w których przechowywano amunicję. Ciężarówkami wywożono ją później na Górę Św. Anny. Mógłbym tu opowiedzieć pewną historię. Mianowicie, gdy byłem wówczas młodym chłopcem, chodziliśmy często z mamą maglować, czyli prasować bieliznę. Ja kręciłem zawsze maglem, a mama nakładała bieliznę. Po wojnie okazało się, że magiel służył jako schowek amunicji. Wykorzystano to miejsce, by ukryć materiały wybuchowe. Włożone były w ciężarki, które służyły do obciążenia, czyli zwiększenia nacisku maglowania. Ten magiel istnieje do dnia dzisiejszego. Stoi on obecnie w opolskim Skansenie. Wtedy, był własnością rodziny Chrząszczów, ogrodników. - Wspomniał Pan o synagodze. W naszych czasach bardzo dużo mówi się o antysemityźmie. Jak żyło się w mieście, gdzie Żydzi stanowili mniejszość religijną? - Żydzi zawsze zajmowali się kupiectwem i tak też było w Głogówku. Prowadzili swoje interesy, a w życiu gminy zawsze okazywali się bardzo uczynni i hojni. Gdy odbywały się wszelkiego rodzaju zbiórki na cele społeczne, oni jako pierwsi ofiarowywali pomoc. Zależało im na akceptacji ludzi wśród których żyli. Głogówek zamieszkiwało około 30 rodzin żydowskich. Mieszkali oni na ogół w okolicach rynku lub w sąsiedztwie gorzelni. Po śmierci, chowani byli zawsze na cmentarzu żydowskim, który zachował się do dzisiejszego dnia przy Olszynce. - Po wojnie stał w Głogówku zupełnie dobrze zachowany kościół ewangelicki, który znajdował się przy ulicy Powstańców Śl. Czy mógłby Pan przybliżyć czytelnikom wygląd tego kościółka, ponieważ nie udało się dotychczas odnaleźć żadnej fotografii, która ukazałaby budowlę od zewnątrz? - Druga wojna światowa nie zniszczyła zbytnio kościoła ewangelickiego. Rozebrano go dopiero później, w latach sześćdziesiątych. W jego miejscu postawiono dwa bloki mieszkalne, które stoją dzisiaj przy ulicy Powstańców Śląskich. Powód tego był taki, iż parafia nie miała możliwości utrzymać trzech kościołów. Po wojnie proboszcz powiedział, że gdyby nie to, że na rynku stały dwie świątynie, to on wziąłby kościół ewangelicki i odbudował z drobnych zniszczeń wojennych. No, ale czasy były jakie były. Kościół ten był wysoki, a wnętrze jego objętością przypominało trochę wielkość kaplicy Na Glinianej Górce, wybudowany był w stylu typowym dla budownictwa protestanckiego z końca XIX wieku, z lożami dla wiernych po bokach. Plebania natomiast mieściła się w budynku narożnym, gdzie dzisiaj mieszkają państwo Mołodyńscy. - Czy w okresie przedwojennym posługiwano się w Głogówku jednym, czy dwoma językami? - Wcześniej, w czasach, gdy jeszcze moja mama chodziła do szkoły, to odbywały się lekcje polskiego. W moich latach szkolnych już nie uczono języka polskiego. Polskie nabożeństwo było natomiast odprawiane zawsze w kościele klasztornym w niedzielę o godzinie ósmej rano. Odprawiano je również w okresie hitleryzmu. Krótko przed wojną, odbyły się w Głogówku misje, podczas których głoszono również kazania w języku polskim. - Starsi mieszkańcy często opowiadają o tym, jak w okresie powojennym często niszczono lub wywożono co ładniejsze nagrobki z glogóweckiego cmentarza... - Tak, niestety. W okresie zmiany, jaka nastąpiła po wojnie, zmiany kultury niemieckiej na polską, wiele pomników poginęło. Dewastowano nagrobki z epitafiami pisanymi w języku niemieckim. Był to przejaw niezgody, jaka stworzyła się pomiędzy Ślązakami, a ludnością przesiedloną. Jednak nawet dzisiaj, z niewiadomych przyczyn zdarzają się takie przypadki. Np. bardzo ładny, wykonany z czarnego marmuru pomnik stał na cmentarzu jeszcze miesiąc temu. Przedstawiał on Matkę Boską Częstochowską. Niestety, komuś figurka Madonny bardzo się spodobała... Dziś już jej tu nie ma... Zabytkowym i zachowanym nagrobkiem jest natomiast ten biskupa von Bonbelles, z którym wiąże się ładna historia z czasów napoleońskich. - Na cmentarzu stoi również nagrobek ks. Hoffrichtera, który w 1908 roku napisał książkę o historii głogóweckiej fary pt. „Die katholische Pfarrkirche zum heiligen Bartholomaus zu Oberglogau". Pan pamięta księdza proboszcza... - Wokresie, gdy był on proboszczem w Głogówku, wybudowano dzisiejszą plebanię. Stanęła ona w miejscu starej. Było to zasługą tego, że, Hoffrichter był księdzem wojskowym i miał kontakty z władzami. Gdy byłem młodym ministrantem, to pamiętam, że słabo widział na oczy i musieliśmy go zawsze prowadzić do ołtarza, podawać rękę... Nagrobkiem Hoffrichtera jest ten duży, z czerwonego piaskowca, znajdujący się za kościółkiem na cmentarzu - pomnik. Obok niego, znajduje się grób Tatzela, proboszcza naszej parafii jeszcze przed Hoffrichterem. Pochowana tu została również cała jego rodzina. Niestety, niedawno (jakieś cztery tygodnie temu) skradziono rzeźbę Jezusa z krzyża, który zdobił nagrobek. To była rzeźba drewniana. - Patrząc dzisiaj na wieże kościoła parafialnego, bez problemu zauważyć można, że hełm północny jest późniejszy. Wśród ludności przyjęło się mówić, że jedna z wież została uszkodzona podczas drugiej wojny światowej. Są jednak i tacy, którzy opowiadają, że już przed wojną hełm ściągnięto z wieży, gdyż groził on zawaleniem. Jak w rzeczywistości wyglądała ta historia? - Władze mówiły, że hełmy grożą zawaleniem. Tak naprawdę, to ściągano wtedy wszystkie miedziane blachy z budynków, a więc rynny i hełmy kościelne także. Ściągano, by później je przetopić. - Dlaczego więc drugiego hełmu wtedy też nie rozebrano? - Drugą wieżę kryto około 1930 roku. Hełm był nowy i władze nie mogły go ściągnąć, gdyż nie miałyby wówczas jak wytłumaczyć się z tego przed mieszkańcami. - Wieża więc stała tak bez zwieńczenia do lat 50-tych...? - Tak, odbudowano ją dopiero pod koniec 50-tych, lub na początku lat 60-tych. Trwało to tak długo, ponieważ wymieniano lub uzupełniano rynny i brakujące elementy blaszane na cynkowe. Proboszcz jednak nie zgodził się na to, by i hełm postawić cynkowy. Powiedział wtedy: „Dopiero będę wieżę stawiał, jeśli dostanę miedzianą blachę". W ten sposób wieży nie uzupełniano i kościół stał tak zwieńczony tylko jednym hełmem przez blisko 20 lat. - Chciałbym zadać jeszcze pytanie dotyczące kościoła parafialnego. Stare źródła mówią o wielu drogocennych wyrobach jubilerskich, jakie znajdować się miały w kościelnym skarbcu. Nasza fara posiada również bogaty wystrój wnętrza, którego część stanowią m.in. dzieła Sebastiniego i Schuberta. Czy te, wspomniane już wcześniej burzliwe koleje losu XX wieku, nie przyniosły żadnych strat? Czy zachowały się nasze artystyczne skarby, które nasi przodkowie tworzyli, by stanowiły o naszej kulturowej wielkości? - Kościół w ciągu tych ostatnich lat nie poniósł żadnych większych strat. Całe wyposażenie wnętrza zachowało się do dnia dzisiejszego. Również podczas ostatniej wojny nic nie zginęło. Żołnierze radzieccy próbowali dostać się do sejfu. Zepsuli zamek, ale nie udało im się dostać do środka. Tam i tak jednak nic by nie znaleźli, ponieważ zawartość sejfu udało nam się wcześniej zamurować w ścianie. Tak to zrobiliśmy, że nie można było znaleźć miejsce, gdzie to było zrobione. Udało się więc w porę wszystko zabezpieczyć. - No, ale w trudnych dla parafii latach 40- i 50-tych, kościół wymagał troskliwej ręki i ...głowy? - Po wojnie, gdy pełniłem niejako obowiązki gospodarza, potrzebowałem pomocnej ręki lub opinii przy wszelkiego rodzaju pracach prowadzonych przy kościele. Wówczas wiele pomagał mi pan Tomasz Cuber, którego jako specjalistę w dziedzinie sztuki mogłem się zawsze poradzić, gdy miałem problem. Drugą taką osobą był pan Rak, który był bardzo dobrym i zdolnym fachowcem, znającym się na wielu rzeczach. Można się ich było poradzić o cokolwiek, przy każdym remoncie prowadzonym przy kościele. Tworzyli oni taką „spółkę", do której zaliczyć można było by jeszcze pana Kontnego z ulicy Młyńskiej, jako doradcę ciesielskiego. Wszystko się z nimi wspólnie konsultowało i realizowało. Działo się to w czasach powojennych, gdy zarówno o materiał, jak i o fachowców było bardzo ciężko. - Należy Pan do osób, które twierdzą, że teren wokół kościoła parafialnego mógł być kiedyś miejscem chowania zmarłych? Skąd to przypuszczenie? - Wokół kościoła św. Bartłomieja mieścił się kiedyś cmentarz. W murze, który ogranicza teren przykościelny z parkiem, w dwóch wnękach arkadowych, znajdują się grobowce. Zebrano tam kiedyś kości z terenu całego cmentarza. Prawdopodobnie wtedy, gdy powstał nowy, na którym do dnia dzisiejszego chowani są zmarli. Trafiliśmy kiedyś na to miejsce przypadkowo, przy pracach budowlanych. Istnienie tego cmentarza potwierdzają również przekazy pisemne. Ciekawe są także dzieje dzisiejszego cmentarza. Pierwotnie prowadziły do niego dwie bramy. Pierwsza, wcześniejsza, zachowana do dnia dzisiejszego, znajduje się przy ulicy Podgórnej. Drugą natomiast, była brama przy ulicy Piastowskiej. Dawniej, gdy miasto było zabudowane, mury od południa obudowywały stodoły, które należały do rolników. Nie mogła więc prowadzić stąd droga na cmentarz. Potwierdza to niejako fakt, że dawne groby, usytuowane są dokładnie w miejscu, gdzie dzisiaj znajduje się ścieżka prowadząca do kościółka cmentarnego. Przekonaliśmy się o tym, gdy budowaliśmy grobowiec oo. Franciszkanów. Przekopaliśmy wtedy ten odcinek chodnika i natrafiliśmy na ułożone w szeregu groby. Do kościółka św. Krzyża, prowadziła więc pierwotnie droga jedynie przez bramę górną, dolną natomiast wybudowano później. - Czy ma Pan wspomnienia dotyczące rodziny Oppersdorfów? - Miałem z Oppersdorfami wiele styczności, szczególnie po wojnie. Przed wojną ich sytuację finansową spotkał podobny los do wspomnianych już wcześniej Żydów. Stracili oni bowiem dużo na inflacji, jaka nastąpiła w latach 20-tych. Przykładem niech będzie fakt, że z 24 majątków ziemskich jakie posiadali Oppersdorfowie, pozostały im tylko cztery. Nie były to dla nich proste czasy. - Co, na zakończenie naszej rozmowy, mógłbym w imieniu mieszkańców Głogówka życzyć Panu w nadchodzącym Nowym Roku? - Jestem już starszy, jestem na bocznym torze. Zdrowie już nie zawsze dopisuje. Czasem w kościele się pokażę, przejdę z koszykiem. Cale życie mieszkałem w Głogówku. Zawsze byłem przywiązany do tego miejsca, ponieważ można by rzec, że u nas gdzie się stąpi, tam jest coś historycznego. Cieszę się, że ostatnimi czasy przyjeżdża do naszego miasteczka coraz więcej wycieczek i że Głogówek staje się miejscem coraz bardziej znanym na mapie historii. I niech tak dalej będzie. - Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę zdrowia i pogody ducha. Artykuł pochodzi z rocznika Głogóweckiego 2000. W Głogówek Online zamieszczony za zgodą TMG.
|
|||
| Zmieniony: Sobota, 07 Listopad 2009 20:49 |
